beta

Opowiadanie o Borzojach

Złota szpilka błyszczała w poprawnie zawiązanej apaszce, która nikła pod stalowym prochowcem, równe sznurówki idealnie leżały na butach pachnących pastą. Wiatr, gdy wiał, zdawał się stawać na moment w podziwie nierealnego wręcz w czasach PRL-u widoku.

Właścicielem zarówno szpilki jak i butów był elegancki, starszy pan. Za każdym razem, gdy obserwowałam go z bramy przedwojennej kamienicy jako mała dziewczynka, marzyłam, aby móc kiedyś spacerować tak jak on. Nie marzyłam o szpilce, czy wypastowanych butach, nie marzyłam o spokoju duszy, który z pewnością towarzyszył dżentelmenowi. Wzrok mój przykuwał widok, który powodował, że wszystko inne błyszczało.

Trzy dumnie kroczące borzoje zagarniały swymi silnymi łapami powietrze z gracją baletnicy. Ruch długiej, lekko falującej sierści można było porównać jedynie z szalem jedwabiu rozwieszonego na sznurze i muskanego przez letni, leniwy wietrzyk. Delikatne wygarbienie, tak charakterystyczne dla rasy nadawało temu wszystkiemu niebywałej wręcz płynności. A ogon, niesiony z gracją wyglądał jak piękny wachlarz z „Tysiąca i jednej nocy”.

Dumne, eleganckie i wytworne psy.

Czas płynął, ja dorastałam i w ferworze życia niby zapomniałam o widokach i marzeniach z dzieciństwa. Założenie rodziny i wychowywanie dzieci pochłonęło mnie bez reszty. Lata płynęły, dzieci rosły.

Na jednej z imprez urodzinowych obsługując gości usłyszałam jak znajomi rozmawiali o sprowadzeniu psa z zagranicy. To był moment - borzoj, mój borzoj. Zostawiając talerze pewnym krokiem podeszłam i brutalnie przerwałam rozmowę lakonicznym zdaniem.

- Chcę mojego borzoja.

Nie interesowało mnie wtedy nic. Hodowla, z której pies miał być, płeć, kolor, nic. Miał być borzoj i już. Czekanie przyprawiało mnie o mdłości, nie myślałam o niczym w oczekiwaniu na odgrzane marzenie z dzieciństwa. Tygodnie mijały i nic, żadnych wiadomości o maleństwie. Telefon późnym wieczorem i zarwana noc, nie mogłam spać. Maluch był już w Polsce i wiadomość, że przyjedzie jutro.

Moja radość trochę przygasła widząc znajomego w drzwiach. U jego nóg na długich niezgrabnych szczudłach stał jakiś potwór, łudząco przypominający dinozaura. Cholera! To musiała być jakaś pomyłka. To monstrum w żaden sposób nie mogło być potomkiem borzoja.

Co miałam zrobić? Oczarowana spojrzeniem szczudlatego potwora postanowiłam go zostawić. Nie udało mi się wcisnąć go w jakąkolwiek rasę, a już na pewno wyobrazić, jak ta szczudlata kreatura goni wilka. Chart-nie-chart nie miał w sobie nic, co mogłoby przypominać lub nawet dawać namiastkę świetności rosyjskich polowań i ich historii.

Goran- prawdopodobnie borzoj.

Pies rósł, a w miarę upływu czasu jego proporcje się zmieniały, ścierkowatego koloru krótka sierść nabrała formy długich nici jedwabiu, a nijako-szary kolor zmienił się w szlachetnie sobolowy.

agata-teatr-b1

Powoli wszystkie historie o borzojach ożywały w mojej głowie. Dwór Perchino zaczął znów błyszczeć w swojej świetności, a przed moimi oczami znów galopowały za zwierzyną psy. Czułam dystynkcję i komfort jaki daje przebywanie z tym psem, a z drugiej strony temperament - chęć pogoni i zdobywania powodowała, iż przechodziły mnie ciarki.

I tak naprawdę nie wiem, kiedy z jednego zrobiły się cztery borzoje. Ale są, i są moje, i kochane.

Zimny wieczór, na moich kolanach malutka Dumka, pierwszy mój miot, a w rękach pożółkłe kartki maszynopisu należącego kiedyś do owego dżentelmena, pasjonata rasy, który kiedyś przechadzał się z trzema borzojami. Dżentelmena już nie ma, trzech borzoi również, została miłość do rasy. Ciepła łza spłynęła mi po policzku. Marzenia jednak się spełniają, chyba jestem szczęściarą.

 

 
Free Joomla 1.5 Templates by JoomlaShine.com